Maskary czy maszkary? / Bell Push Up, Golden Rose Classics Lash Pumper

Która z nas nie lubi używać tuszu do rzęs? Moje rzęsy koniecznie muszą mieć wspomaganie w postaci maskary, bo są jasne i proste (uroki bycia naturalną mysią blondi). Wymagania więc są zwykłe: wydłużanie i podkręcanie. 

Do tych tuszów podchodziłam wiele razy, zmieniałam je kolejnością, używałam w sumie 4 miesiące i sądzę, że ani Bell, ani Classics nie są mi pisane.




 Pierwszy zaczęłam używać tusz Bell Push Up Mega Volume Lashes (10g/6zł). Bardzo podobała mi się forma opakowania - blister z widoczną szczoteczkę. Super pomysł - żadnego strachu czy aby ten egzemplarz nie był "macany". Myślę, że każdy tusz powinien tak być zapakowany.


Szczoteczka jest miękka i gumowa. Zwęża się ku końcowi, wypustki mają dwie różne długości i są ułożone naprzemiennie, ale do nich mam zastrzeżenie. Moim zdaniem są trochę zbyt ostre i nie było chyba takiej aplikacji, żebym nie wsadziła szczoteczki w oko albo chcąc pomalować rzęsy od nasady nie ukłuła się nimi w powiekę /a boli to bardzo/, co poskutkowało łzawieniem i czerwonymi oczami. Dość długo schnie i ile razy myślałam,  że już rzęsy są suche, to tyle razy umazałam się i musiałam na nowo je malować.


Jak wspomniałam, moje rzęsy są proste i krótkie, dlatego "biorę wszystko", co podnosi i je podkręca. Niestety, ta maskara nie spełnia obietnic producenta. Rzęsy jak były proste, tak po aplikacji proste zostały, dodatkowo minimalnie sklejone /nawet po oczyszczeniu szczoteczki i wejścia opakowania/. Efekt jest mizerny, taki make-up no make-up. Przy dwóch warstwach nie zauważyłam kruszenia się czy znikania w ciągu dnia, jednak trzy potrafią wieczorem się osypać. Do zmywania Bell używałam płynu micelarnego BeBeauty i nie miałam problemu z jego zmyciem. 

Efekt bardzo minimalistyczny, który uzyskałam po aplikacji nie zadowolił mnie, więc nie kupię ponownie tego tuszu. Szkoda, bo cena niska, a i wiem, że nie był on otwierany.

Poniżej zdjęcia przed i po aplikacji.





Drugi tusz Classics Lash Plumper (13ml/17zł) to wygrana w zeszłorocznym konkursie Golden Rose. Również zapakowane w blister, dość duże opakowanie kryje w sobie ogromną szczoteczkę. Naprawdę ogromną. Myślałam, że tusz Collosal Maybelline ma dużą, ale ta jest wielka, wielgaśna. Wygląda jak klepsydra, wykonana jest z miękkiej gumy, wygina się na wszystkie strony. Wypustki mają różną długość i ułożone są naprzemiennie. Minus za grubość na końcu - do malowania rzęs w wewnętrznym kąciku kompletnie się nie nadaje, bo po prostu nie dociera dokładnie i maże zagłębienie oka.




Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie rozmiar - w moim przypadku duże wcale nie jest lepsze. Przy moich małych oczach tusz odbija się na górnej powiece, robi praktycznie kreskę bez jaskółki, co przy pełnym makijażu nie jest dobre.  Sama aplikacja nie jest zła, tu aż tak bardzo oka sobie nie pokiereszowałam, chociaż kilka razy się dziabnęłam. Wypustki dobrze rozprowadzają maskarę na rzęsach, ale tylko przy pierwszej warstwie. Wtedy efekt jest zadowalający, na pewno dużo lepszy niż w przypadku Bell. Jednak druga i trzecia aplikacja sprawia, że rzęsy są mocno sklejone i wyglądają jak pajęcze nóżki. Po przeczesaniu grzebykiem Inglot, nadmiar znika, a i rzęsy wyglądają "normalnie". Tu podoba mi się podkręcenie, podobne do użycia zalotki. Kruszenie i osypywanie pojawia się wieczorem, ze zmyciem nie miałam problemu. Przy wyjmowaniu szczoteczki trzeba uważać, bo tusz osadza się na wyjściu i konieczne jest wycieranie.

Generalnie dużo bardziej Classics przypadła mi do gustu - podkręcenie mnie zadowoliło, ale już wielka szczoteczka i odciskanie tuszu na górnej powiece raczej mnie nie bawi. Tusz Bell dalej ma "mokrą" konsystencję, a Classics zrobił się suchy.




Podsumowując krótko i zwięźle - oba tusze nie zadowoliły mnie na tyle bym kupiła je ponownie. 
Plus dla Bell za cenę, a dla Classics punkty za podkręcanie. 

Teraz używam Lovely Pump Up i się zastanawiam, jak ja mogłam jej wcześniej nie znać.

P.S. Przez chwilę wisiał post kulinarny, ale blogger nie wyświetlał zdjęć i wywalał błąd, więc w zamian są tusze ;)

15 komentarzy:

  1. Jeeej, jedna i druga to masakra a nie maskara :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Pierwsza maskara :o brak mi słów jak zobaczyłam efekt..

    OdpowiedzUsuń
  3. o wow, jaką gigantyczną szczotę ma ten drugi ;) Ale efekt o wiele lepszy niż przy pierwszym. Szkoda tylko, że się odbija. Ja jeszcze nie trafiłam na fajny tani tusz. Już nawet w sumie nie szukam, kupuję zamiennie swoje dwa sprawdzone ze średniej półki cenowej. Wszystkie eksperymenty kończyły się katastrofą ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałam ten tusz z Bell... Porażka :/

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie lubię takich wielkich szczoteczek. Zawsze mnie zastanawia co producent miał na myśli. Szkoda że oba tusze się nie sprawdziły.

    OdpowiedzUsuń
  6. Efekt dają nieciekawy, bardzo naturalny :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Tusz Bell faktycznie kiepsko się prezentuje zaś ten Classics całkiem fajny efekt daje z tym że sama nie lubię jak tusz maże powiekę - a post kulinarny przeczytany :)

    OdpowiedzUsuń
  8. pierwsza szczoteczka w moim guście, ale efekty słabe...

    OdpowiedzUsuń
  9. ja też nie kupiłabym ich ponownie na Twoim miejscu, nie robią szału na rzęsach

    OdpowiedzUsuń
  10. Pierwsza szczoteczka zachęciłaby mnie, ale niestety efekt nie jest zbyt zadowalający. :/

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz :)
Na pytania odpowiadam pod tym samym wpisem.
Nie spamuj, nie zostawiaj linku do swojego bloga - jeżeli skomentowałaś wpis, to na pewno do Ciebie zajrzę.

Zdjęcia i tekst na blogu są mojego autorstwa. Pamiętaj o ustawie dot. prawa autorskiego.
Jeżeli chcesz wykorzystać zawartość bloga - napisz!